Warszawski Klub Wodniaków PTTK

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna / Aktualności / Jaskrawa woda majowa – wartkie relacje z wiślanych przygód, przeżytych podczas Sezonu 60.

Jaskrawa woda majowa – wartkie relacje z wiślanych przygód, przeżytych podczas Sezonu 60.

Email Drukuj

Zima przytrzymała łódki na brzegu w tym roku (2013 r.) bardzo długo. Śnieg nudził klubowiczów prawie do połowy kwietnia. Snując się po porcie ...

Atalanta - wspomnienie listopada.

Zima przytrzymała łódki na brzegu w tym roku (2013 r.) bardzo długo. Śnieg nudził klubowiczów prawie do połowy kwietnia. Snując się po porcie w mojej pamięci pozostawał emocjonujący incydent z końcówki poprzedniego roku, kiedy to nienasyceni pływaniem po październikowym spływie z Kazimierza postanowiliśmy z Maćkiem jeszcze raz popłynąć na mały listopadowy zwiad w kierunku centrum miasta. Dla nas miasto to mosty. W listopadzie Wisła, którą spływamy jest pusta i sina.

Za mostami Poniatowskiego i średnicowym przy lewym brzegu stoją barki. Jedna z nich to Atalanta -  http://pl.wikipedia.org/wiki/Atalanta .  Zupełnie nie zauważając jej obecności ani jej mitycznego znaczenia, stała się ona niespodziewanym finałem epizodu, podczas mijania mostu średnicowego – płynąc w górę rzeki. My tak jak Atalanta zauroczona pasją Artemidy, przy moście zatrzymaliśmy się na polowanie, bo tam Maciek coś zahaczył. Trochę się z tym szamotał, a we mnie wzbudzało to rosnące zaciekawienie. Zrównałem prędkość łodzi z prędkością rzeki i wyglądałem rozwoju wypadków zza pleców Maćka, który siedział na przedniej ławce pięć metrów ode mnie. Staliśmy tak chwilę oczekując co się stanie, aż nagle rozemocjonowani odnotowaliśmy ucieczkę „tego czegoś” w górę Wisły. Mój załogant obrócił głowę i  spojrzał na mnie. Jego twarz pytała mnie zagadkowo „Co robić?”,  gdyż nie mógł nic poradzić ze względu na delikatność zestawu. Pomyślałem, że możemy się zamienić i w ten sposób błyskawicznie zmieniliśmy się miejscami. Nasze skupienie w 100% dotyczyło obiektu polowań, zapomnieliśmy się w tym całkowicie, co pogrążało niejednego mitycznego bohatera. W ten sposób staliśmy się ofiarami pasji, chwilowego zainteresowania, która mogła kosztować Nas bezpieczeństwo. Ani ja ani Maciek nie zauważyliśmy, że nie trzymamy wysokości na nurcie i delikatnie chwila po chwili zbliżamy się rufą do dziobu barki Atalanta. W pewnym momencie uciekinier się nam urywał co spowodowało, że odwróciłem się. Przerażony spostrzegłem za plecami Maćka za rufą dwumetrową stal i omywające ją, sine z zimna listopadowe wody Wisły. Natychmiast krzyknąłem, żeby dodał gazu bo się rozbijemy. Maciek w ostatniej chwili przekręcił rączkę do oporu. Łódź szarpnęła, a ja wylądowałem na zadku chwytając się panicznie burt po obu stronach. Uff,  udaje się nam odpłynąć z kolizyjnego miejsca. Katastrofa była tuż, tuż. Zmrożony perspektywą uszkodzenia silnika lub jego wyrwania z pawęży wracamy do portu. Nasz port jest teraz najbardziej upragnionym miejscem, w którym chcemy się znaleźć. Mam już dość wycieczek i każe Maćkowi usiąść na pokładzie. Do końca jestem chłodzony nie tylko listopadowymi podmuchami wiatru ale i strachem. W myślach odtwarzam konsekwencje jakie mogły nas czekać w wyniku zderzenia.  Później, kiedy opowiadam o tym kolegom z Klubu jeden z nich przytacza historie jaka zdarzyła się w podobnym przypadku, tyle że  łódź została w pół wciągnięta pod dziób większej  jednostki i jak Zawadowski konar wahała się zaklinowana  w nurcie. Jeszcze raz nasza „królowa” pokazała nam miejsce w szeregu. A co tam, niech ona rządzi i dziękujemy jej za to listopadowe doświadczenie. Od tamtej historii z Artemidą słowo port nabiera dla mnie nowego znaczenia, szczególnie  w połączeniu z przymiotnikiem, takim jak - „bezpieczny port”. Już nie będę go inaczej traktował tylko jako źródło wszelkiego rodzaju alegorii. Tak samo chcę widzieć moją „królową”, jest ona płynącym życiem i przemijaniem, utrzymuje i zatraca niekiedy pasje i całą resztę, cokolwiek byście chcieli umieścić w nurcie. I tak jest już od tysiącleci….

Maj – Torba Masłowa.

Wolumen to bazar w Warszawie, na którym można kupić miedzy innymi igłę do gramofonu. Przeszukując tam stoiska ze starymi winylami zauważyłem kątem oka w części z militariami duży gumowy worek. Świetnie by się on nadawał do łódki na dłuższe wyprawy. Zielony kolor i zapinki jak w starych plecakach Wojska Polskiego typu kostka, które z sentymentem wspominałem ze szkolnych czasów przekonały mnie, że oprócz igły kupię też i worek. Trzecią rzeczą, z którą opuściłem bazar był dźwigniowy ekspres do kawy La Pavoni, wyglądający jak parowóz, a do tego mój rówieśnik z rocznika 74-76. Model Europiccola jest produkowany w niezmienionej formie od lat pięćdziesiątych. Wracając podsumowałem mój zakup jako zestaw maksymalnie hedonistyczny, mający pobudzać receptory przyjemności pochodzące od dźwięków, smaków i zaspokojenia (jak się okazało nie tylko moich) podstawowych potrzeb, które mają się zmieścić w worku, kiedy jestem na łodzi. Uśmiechnąłem się tylko w myślach przejeżdżając przez stację metra Słodowiec i pojechałem dalej w kierunku Kabat rozmyślając co zmieszczę w moim worku – jedynej rzeczy, jaką kupiłem z myślą o wodzie. W praktyce, gdy maj się rozkręcił i nastały upalne dni worek służył jako przechowalnia niezbędnych rzeczy, których nie trzeba było taszczyć w upalne dni na brzeg, po skończonym pływaniu. Kapoki, rzutka, wszelakie przybory z poprzedniego sezonu, wodery i gumowa kurtka na słotę - to wszystko wpadało do wora z zapięciami jak w plecaku typu kostka. Ponieważ worek był pakowny tworzyłem warstwy, pierwszą ratunkową z kamizelkami i środkami ratunkowymi, potem torba z woderami, kubkami, latarką tzw. warstwa zaspokojenia podstawowych potrzeb. Zgodnie z teorią Masłowa http://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_potrzeb (żartobliwie wariantowałem) piętrzyłem w worku poziom za poziomem, nadające sens mojego łódkowego życia. Torba Masłowa - to by się autor modelu potrzeb zdziwił. Zamiast piętrzyć piramidę potrzeb, mógłby wszystkie szczeble zmieścić w takim worku – myślałem, śmiejąc się w duchu.  Wydawał mi się on bardzo praktyczny, a pozostawianie go nawet w deszczu (łódź nie ma kabiny) nie było problemem. Po pewnym czasie praktyki zostawiania worka na łodzi w porcie, zauważyłem nacięcia na spodzie. Zmartwiło mnie to, gdyż traciłem w ten sposób szczelność mojego worka. Cóż musiałem pogodzić się z rozczarowującą delikatnością, tego wydawałoby się solidnego i sprawdzonego przez armię wyrobu. W kolejny słoneczny dzień odwiedzam przystań z seniorem Andrzejem, gdyż chcę go zabrać na głęboką wodę na początek betonowej opaski, z potężnych prefabrykatów, przed rozlewiskiem Rezerwatu Wyspy Zawadowskie http://pl.wikipedia.org/wiki/Rezerwat_przyrody_Wyspy_Zawadowskie .  Jest około dziesiątej przed południem, a „Bóg Aton” zaczyna porządnie grzać. Nie przerywając rozmowy z Andrzejem wskoczyłem pewnie do łodzi, na co pozwala jej dostojny ciężar. Sięgnąłem po worek i ku mojemu zaniepokojeniu stwierdziłem, że jest jakby trochę uchylony. Pomyślałem, że musiał ktoś przeglądać jego zawartość – tylko po co? Którą z potrzeb chciałby zaspokoić poszukujący, czy te podstawowe, czy może sięga do szczytu worka po „samorealizację”. Wyjmuję kolejne warstwy i zauważam, że ktoś złośliwie porozrzucał tu strzępy poskubanych woderów i kamizelek. Który psotnik ze scyzorykiem był taki dowcipny?Warstwa z zanętą do wabienia ryb rzuciła podejrzenie, że intruz może być bardziej przyziemny, a może i nawet  porządnie owłosiony. Powoli wyjmuję miskę z zanętą, potem siatkę z lornetką, kubkami by sięgnąć głębiej w mrok worka po torbę z woderami. Robię to ostrożnie i jakby z obawą, ale nie spodziewałem się takiego finału jaki zafundowała mi jedna z potrzeb Masłowa. Gdy ostatnia warstwa wyłoniła się na światło dzienne w tej samej chwili i w mgnieniu oka z torby skoczył do wody dwudziestopięciocentymetrowy Karczownik, zwany szczurem wodnym  https://www.drapiezniki.pl/711-karczownik.html (są bardzo bojowe co potwierdza film pod linkiem - https://www.youtube.com/watch?v=JAWlIH2qdI4;https://www.youtube.com/watch?v=mzFL7TbmW_c ). Zobaczyłem tylko jego tylną część z różowymi spodami dwóch łapek, zakończonych szpiczastymi pazurkami. Balansujący z gracją, długi na 15 cm ogon, którym wywinął dwa kółka przed zniknięciem w wodzie  był wyraźnym komunikatem o jego stosunku na moje przemeblowanie. Bydle mogło mnie dziabnąć, gdybym był mniej ostrożny i dotknął intruza. Później jak rozmawiałem z kolegą o tej historii opowiedział mi jak słyszał w radiu o wiślanym turyście pogryzionym dotkliwie przez bobra. Nie dociekałem już, czy to nie informacyjny blamaż dla odstraszenia ludzi znad wody, żeby było mniej utonięć. Ja jednak realnie miałem możliwość spotkania z zębami szczura co najłagodniej mogło by skończyć się ugryzieniem, a także serią zastrzyków przeciw tężcowi, wściekliźnie, na krztusiec, koklusz i nie wiem co jeszcze …. W worku już były zalążki miłego mieszkanka, a nowy domownik do swojego (portowego) basenu wskoczył, kiedy wręczyłem mu eksmisję podczas remanentu worka. Wyniki przeglądu były opłakane, kurtka woderowa była cała w strzępach, nadgryziony kapok jednak nadawał się dalej do użytku. Koc dokładnie nasiąkł intensywnym zapachem, który nie dało się usunąć praniem czy wietrzeniem – nadawał się tylko do „utylizacji”. Także porozrzucana po uczcie zanęta oraz wentylacyjne nacięcia worka zdradzały zuchwałość i chuligańskie nawyki świeżego lokatora.  Od tamtego momentu nie zastawiam już worka na łodzi, tylko taszczę wszystkie rzeczy na brzeg. Zresztą podobnie robi wielu kolegów.

"Dziadek" przy  Moście Poniatowskiego

Pewnego czerwcowego dnia popłynąłem do Centrum. Ach jak przyjemnie …. kołysała mnie falka na letnim wietrze, kiedy się spławiałem kolejnymi mostami. W załamaniach wody migotało czerwcowe słoneczko, a ja znowu na moich 9 metrach kwadratowych wolności płynąłem, chociaż nie wiedząc, że po nową przygodę. Zatrzymałem się przy „poniatowszczaku”, za drugim filarem, na odsypanej łasze piachu i przymrużyłem powieki w słońcu. W moim kierunku po jakimś czasie zaczęła zmierzać, chyba zaciekawiona policja rzeczna. Pewnie ktoś na monitoringu mnie zauważył i dał sygnał do manewrów. Po oglądzie z dystansu popłynęli dalej w górę może do „Grubej Kaśki”  http://pl.wikipedia.org/wiki/Gruba_Kaśka albo na tereny okolic „Siekierek”. Po jakimś kwadransie i mnie się mój przystanek znudził. Zszedłem z mielizny i zauważyłem, że płynie statek wycieczkowy WARS http://www.ztm.waw.pl/aktualnosci.php?i=225&c=100&l=1 . Ponieważ uznałem, iż lepiej popłynąć sobie za nim ustawiłem się dziobem do fali ukośnej od burty statku, na czas jego przepływania. Potem miałem przepłynąć za nim pod mostem. Kiedy przechodził obok mnie fale ukośne wzmogły się, ale spodziewałem się czegoś poważniejszego, jak na takiego stalowego wieloryba. Płyń, płyń kaszalocie tylko się nie zasap przy przejściu pod mostem, bo ledwo się mieścisz pomiędzy jego filarami, pomyślałem żegnając jego opasłą rufę (to okazało się później być jego „atu”). Ponieważ fala ukośna do nurtu była dosyć mała, szybko ustawiłem się jakieś 10-15 m za filarem (są bardzo masywne i woda przyspiesza, obmywając filary) przygotowując się na falę poprzeczną od rufy WARS-a.  Obserwowałem równocześnie jak statek znika za filarem. Wtedy zdarzyło się coś bardzo dla mnie nieoczekiwanego. Prostopadle do mojego dziobu, a stałem w nurcie, zaczęła napływać zwiększająca się amplituda fal poprzecznych. Były naprawdę duże i pojawiły się spotęgowane od filarów zaraz po przejściu statku. Byłem całkowicie zaskoczony tym zdarzeniem, ale to nie znaczy, że moja łódź nie mogła temu "Dziadkowi" podołać. Szczególnie, że jednostka została zaatakowana falami od strony dziobu. Ja chociaż ze strachu kucnąłem na moim płytkim pokładzie, burty mają ok. 40 cm, odczułem tylko niewielkie falowanie.  Widziałem, jak potężne fale jedna za drugą, kolejno najpierw obmywają dziób, potem przechodzą na środek i na rufę łodzi. Moje poruszenie wzbudziła następnie wyobrażalna perspektywa tego, że mógłbym natrafić na takie fale burtą, co skończyło by się niechybnie wywróceniem lub całkowitym zalaniem pokładu. Fale miały ok. 50 cm i były już dla mojej jednostki niebezpieczne. Ach ta Wisła ciągle jakiś „as” wyskakuje jej z rękawa.

Wyspa.


Pewnego sierpniowego dnia płyniemy na 2-dniową wyprawę w górę Wisły, mijamy mosty, główki, opaski, rezerwaty i cumujemy daleko przy wyspie. Rozbijamy obóz sprzątając teren po wizycie bałaganiarzy-intruzów. Zawsze staramy się być w jak największym stopniu gośćmi przyrody (zgodnie z zasadami PTTK), wtedy ona nam oddaje całe swoje piękno w okazałości. Pokazuje nam swoje sine, zasnute mgłą poranki - gdy noc przechodzi w brzask, łabędzie, jakby patrolujące wieczorną przestrzeń trzy metry nad wodą, podmyte piaskowe brzegi. Łachy piachu obsypuje białymi punkcikami ptactwa, wysiadującego kolejne pokolenia. Taka jest wiślana przyroda. Można z niej zaczerpnąć, na ile głęboko starcza nam rączka naszej „percepcyjnej” chochli. Zależnie od nastroju możemy skonsumować cienką zupkę na odrobinie radochy z szybkiego pływania, kręcenia kółek i szalonego ślizgu z perspektywą utraty spodziny (ach te emocje!). Innym razem jak nastrój nam sprzyja podbierzemy na chochli symfonię smaków i kolorów na bazie bezmiaru rozlewiska. Tam ujrzymy kormorany i inne ptactwo stojące na przykosach lub konarach na środku rzeki, rybitwy białoczelne pikujące z zawisu podczas polowania na ukleje http://wislawarszawska.pl/artykul-12-Rybitwa_bialoczelna . Na koniec uczty uraczy nas zachodzący za horyzontem pomarańczowy deser. Taki mieliśmy tego wieczoru nastrój i żeby jeszcze go przedłużyć rozpalamy ognisko. Przy iskrach, pulsacyjnie wzbijanych do nieba, opowiadamy sobie historie z książek fantazy. Pasują one do dźwięków, jakie wydobywają się zza łuny poświaty, dawanej przez ognisko. Tam dalej, gdzie nie ma światła jest świat, który rządzi się swoimi prawami. Teren zajmowany w nocy przez mgielne widma i odgłosów dobiegających z topieli. Świsty wiatru i wirujący świat nocnej przyrody wciąga nas w zdrowy głęboki sen. Następnego dnia wita nas piękny poranek i zapowiedź upalnego dnia. Wisła daleko przed aglomeracjami jest czystsza i kąpiemy się, chłodząc w płyciznach wyspy. Od sierpniowego żaru chroni nas woda. W taki gorący dzień nie chce się nic innego wymyśleć.

Październik

Wrzesień i początek października był wyjątkowo łaskawy jeżeli chodzi o temperatury. Jesień nad Wisłą była wyjątkowo malownicza, ze słońcem schodzącym za żółte drzewa. Wydawało się, że mrok przychodzi o wiele za wcześnie.  Klucze ptaków zwlekały za pogodą do ostatniej chwili na pożegnalny podryw. Ja zachęcony tym stanem zaplanowałem wyprawę z noclegiem na dzikim brzegu. Wieczorami w październiku woda nie odstraszała śmiałków pozostających na noc na łodziach, a my też znaleźliśmy miejsce na obóz w zacisznym miejscu rozlewiska. Na wieczór przygotowaliśmy drewno na ognisko.

Tego nam nie wystarczyło, a Maciek przy kolejnym kursie po opał rozciął na dziesięć centymetrów kalosz wzdłuż piszczela. Na szczęcie bez szkody dla skóry, którą ochroniła gruba guma. Znowu okazuje się, że bezpieczeństwo wyprawy zależy od dobrego przygotowania. Co by było, gdyby krwawa rana musiała poczekać z ratunkiem do rana? Noc okazuje się wyjątkowo chłodna i długa. Zimno przerywa płytki sen, a pragnienie poranka jest zawsze tematem, który tonie w następnej drzemce. Taka zimna noc na bezludziu uprzytamnia w jakim komforcie sobie funkcjonujemy skryci w  zgiełku aglomeracji. Na bezludziu mamy zimny spokój i tęskni się jednak do życia z wygodami, których na co dzień się nie dostrzega. Za to problemy w zaciszach miast możemy piętrzyć jak góry makulatury, odmieniając niedogodności przez przypadki. Taka refleksja może przydarzyć się tylko po takiej zimnej nocy w namiocie na obrzeżach cywilizacji.

Ławka rufowa

Jest koniec października w porcie PTTK WKW już było uroczyste zakończenie kolejnego sezonu. Dla sporej części Klubu lata upływają kolejnymi otwarciami i zamknięciami sezonu. Jest to niczym fale przypływów i odpływów wyznaczające zegar biologiczny. Coś przychodzi i odchodzi, by po pewnym czasie (niekiedy również wypełnionego refleksjami) powrócić z radosnym odrodzeniem. Tak, przed nami nieskończona liczba tych cykli i jeżeli tylko możemy połączmy się w tych chwilach ulotną więzią, róbmy to wspominając poprzednie sezony. Niech zwiążą nas przeżywane chwile, realizowane szkutnicze przedsięwzięcia. Co roku oprócz starych wyjadaczy szkoły remontowej, widzę i podziwiam nowych adeptów sztuki, podpytujących doświadczonych kolegów, co i jak zrobić. Niejednokrotnie jest to przyczynek do historycznych reminiscencji. Takie epizody się często zdarzają na przystani Naszego Klubu. Bo gdzie rejs w sezonie, tam zawsze jest niezbędna jakaś praca po sezonie lub na przywitanie następnego. Taka robota i mnie dotyczyła.

Podczas ostatniego spływu z górnej części Wisły bardzo się spieszyłem do portu bo pomarańczowe słońce już zaczęło majaczyć na horyzoncie oczeretów. Płynąłem przed „Siekierkami” obok pogłębiarki wydobywającej piach. Są one zakotwiczone dosyć szeroko, co nieraz zajmuje cały nurt (z drugiej strony dno Wisły zmienia się bardzo dynamicznie). Boje oznaczające miejsce kotwiczenia rozstawione były szeroko, na wydawało się płytkiej wodzie. Ponieważ nie chciałem zahaczyć o liny, bo płynąłem szybko ze znacznym zanurzeniem rufy, postanowiłem ominąć najbardziej wysuniętą w nurt boję, po jej obrzeżu. Płynąłem stojąc na łodzi dla łatwiejszego rozpoznania locji i zmierzam na krawędź żółtego stożka. Nagle pychówka przyhamowuje, ostrzegając mnie wstępnie, że wpływam na przykosę. W tej samej sekundzie co kolejne, zdecydowane mocne szarpnięcie zatrzymujące łódź, zdążam usiąść przytrzymując się ławki rufowej. Stoję na przykosie, co za drań tak kotwiczy sobie pomyślałem. Ale widzę ciekawski zarys człowieka w kabinie pogłębiarki. Nie mam czasu na wymianę informacji, o tym co się stało. Słońce zachodzi, a Wisła zmusza mnie, żebym wszedł do zimnej wody. Zaraz początek listopada, a ja stoję na mieliźnie obok miejsca, które pochłonie podczas majowego przyboru w przyszłym roku jednego z pracowników obsługujących dużą metalową łódź.  Ten pech i stres bezpiecznego powrotu napędza mnie do pospiesznego działania. Taka znajoma już „gorączka” kiedyś przyczyniła się do refleksji o bezpieczeństwie postępowania podczas sytuacji kryzysowych na wodzie. Zdecydowanie i determinacja dają znowu górę nad choćby sekundową pauzą przemyśleń nad sytuacją. Szarpię się z rufą, a 400 kg na piachu nie daje za wygraną. Pomagam sobie silnikiem ustawiając gaz w pozycji maksymalnej. Pcham i znowu nic. Szlag - odmieniam w mniej wytrawnym słowie. Jeszcze raz próbuję wyrwania się z granicy przykosy, ostrożnie macając, żeby nie wyjść na jej krawędź (przykosy graniczą z nurtem nagłymi uskokami z płycizny w toń). W końcu wyrywam ławkę rufową. Cień w kabinie ciekawie wygląda na moje zmagania, staje się on powoli moim możliwym przyjaznym wybawicielem. Najwyżej zostawię łódź na noc tutaj na kotwicy, a pracownicy pogłębiarki wezmą mnie na brzeg - pomyślałem. To by dużo komplikowało, więc próbuję jeszcze raz wypchnąć „wieloryba” tym razem na rewersie i wreszcie się udaje. Port znowu zyskuje nowy przymiotnik tym razem „ciepły port”, a Wisła pozostawia refleksję o przykosie i jej krawędzi przy głębokim nurcie (dobrze, że nie dała mi sprawdzić gdzie się znajduje uskok). Jestem przemoczony i zziębnięty. Przed kolejnym sezonem czeka mnie remont drewnianej listwy, która się okazuje już trochę nadpróchniała. Na szczęście burta jest zdrowa, także ja jestem cały i to jest przecież najważniejsze.

 

KONIEC

Kontakt do autora Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. (miło mi będzie odpisać na wasze listy / opowiadanie z poprzedniego sezonu: http://www.wkw.waw.pl/aktualnosci/76-pychowka-z-kazimierza-do-warszawy) i

Trochę na lądzie Warszawy, trochę na wodzie Wisły. Wspomnienia z Sezonu Sześćdziesiątego pierwszego (61).

Powyższy tekst został napisany po zakończeniu sezonu nawigacyjnego 2013 i opisuje historie jakie przydarzyły się jednemu z klubowiczów podczas pływania rzeką Wisła w klubie WKW PTTK.

Poprawiony: niedziela, 10 stycznia 2016 18:34  

Kto nas odwiedza

Naszą witrynę przegląda teraz 24 gości 

Komunikaty