Warszawski Klub Wodniaków PTTK

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna / Aktualności / Trochę na lądzie Warszawy, trochę na wodzie Wisły. Wspomnienia z Sezonu Sześćdziesiątego pierwszego (61).

Trochę na lądzie Warszawy, trochę na wodzie Wisły. Wspomnienia z Sezonu Sześćdziesiątego pierwszego (61).

Email Drukuj

Już nawet nie pamiętam jak ten maj się zaczął ...

 

 

 

 

Kotwica na główce

Już nawet nie pamiętam jak ten maj się zaczął. W porcie gdy tylko powoli odżyła przyroda, zaczęło tętnić życie klubowiczów. Światło bramy dawało bezustannie meldunki dla kolejnych odwiedzających swoje jednostki. Ten ruch i gwar jak zawsze zapowiada udany sezon. Oczywiście poczucie satysfakcji jest cechą osobniczą ale już się nauczyłem, nawet niepomyślności lub nieoczekiwane kłopoty na wodzie lub lądzie obracać w ciekawą nową przygodę. Właściwie z takim podejściem "Fortuna" zawsze sprzyja. „Ciesz się dniem" stało się kredem tego sezonu.
Przed wodowaniem łodzi miałem w planie dokończenie pewnych prac, które zacząłem jeszcze w poprzednim sezonie. Było to smołowanie, które zostawiłem do poprawki i wykończenia. Ustawiłem beczkę do podgrzewania metalowego stempla (tzw. żelazka) i smoły. Wylewałem piekielną masę na braki w dnie, które wcześniej uszczelniłem pakułami,  a potem dociskałem rozgrzanym stemplem. W ten sposób tworzył się tradycyjny solidny impregnat. Drewniana pychówka w zestawieniu z laminatowymi jednostkami na Wisłę, ma swoje zalety. Jedną z nich jest stabilność i masa. Te elementy były kluczowe podczas przygody jaką  mam wam zamiar opowiedzieć, gdy to pewnego niedzielnego poranka, zaraz po brzasku, stanąłem na kotwicy dziobowej, na wiślanej główce. Tego ranka było dosyć chłodno, a lekka mgła spowijała powierzchnię toni.

Główki, (za jedną z nich stanąłem, kotwicząc dziobem pod prąd)  usypywane są z kamieni i wysunięte prostopadle w głąb rzeki. Takie konstrukcje rzeczne mają za zadanie regulować nurt i kierować go ku środkowi koryta rzeki. Obmywające wody przypomina mi trochę „wiślaną syrenę”, gdyż na wodzie rzeźbiony jest wzór z wyraźną talią i długim warkoczem, na jej końcu, burzonym wyrzutami wody kotłującej się i wirującej pokrętnie. Tutaj niebezpieczeństwo dla wiślanych śmiałków niesie silny prąd, głębokość i wiry. Jest to miejsce zdradliwe i niemożliwe do całkowitego przewidzenia.Gdy kościelne dzwony zaczęły odbijać się swoim dźwiękiem od wody miałem zabezpieczoną jednostkę obiema kotwicami dziobową i drugą rufową. Ta druga była umieszczona na krótkiej linie i miała służyć jako element pomocniczy (stabilizacyjny), do którego błędnie nie przywiązywałem wagi. Nie zwróciłem też uwagi na wyposażenie mojej łodzi w siekierkę i maczetę -  na co uważałem podczas poprzedniego sezonu. Przeznaczone do prac na lądzie, w łodzi służyły na wypadek konieczności odcięcia liny kotwicznej,   gdyby zblokowała się w jakieś karpie, porzuconej przez wezbraniową wodę, po zimowych roztopach. Po chwili czasu, kiedy modlitewny sygnał przestał już dźwięczeć zauważyłem, że kotwica dziobowa lekko puściła, a wiry warkocza zaczynają obracać dziób 8 metrowej krypy powoli jak wskazówkę zegara na Pałacu Kultury i Nauki (kiedyś Stalina).

Na początku nie podejrzewałem niczego niedobrego, byłem spokojny. Potem zaczęło mnie niepokoić, że rufa zaczyna być głównym mocowaniem łodzi. Dziób przekręcił się jak wskazówka z godziny 12 na 6. Teraz to dziób miałem ustawiony zgodnie z nurtem, a rufa zaczęła się lekko przytapiać na krótkiej skierowanej pionowo w dół linie. Ale jeszcze nic się nie bałem bo myślałem, że na łodzi mam maczetę. Niemile się rozczarowałem po przeszukaniu ekwipunku.  Rozejrzałem się dookoła. Wszystko płynie, a ja stoję ciągniony przez krótką kotwicę i jestem  jak niecierpliwy chart w boksie gotowy do biegu. Wróciłem na rufę i zacząłem szarpać za kotwicę, która mocno trzymała. Ponieważ lina była krótka, powodowało to znaczne przytopienie rufy. Ciągnęła ona łódź w dół i nie mogłem jej oswobodzić z żelaznego uścisku. Zostało już tylko około 15 cm do zalania pokładu, gdy chwyciłem  panicznie za szarpak silnika. Wrzuciłem wsteczny i spanikowany zacząłem tańczyć jak latawiec na wietrze, próbując ucieczkę. Na początku jeszcze bardziej się zanurzyłem do około 10 cm nad lustro wody. Silnik zaczął ryczeć pełnią obrotów co pozwoliło się trochę przesunąć do przodu wbrew nurtowi. Zwolniło to trochę uścisk i jedną ręką trzymając rumpel, a drugą  za linę, próbowałem poluzować kotwicę. Chwila wspólnego wysiłku, mojego i silnika dała obiecujące rezultaty. Teraz stawiałem opór nurtowi, kotwicy i z przerażeniem obserwowałem linie wody tuż przy górnej  krawędzi burty. Zwolniłem i jeszcze raz zaatakowałem. Poczułem lekkie zluzowanie więzi. Idzie. To dobrze, że mnie nie zatopi, co musiałoby się zakończyć salwowaniem ucieczką z tonącej łajby. Wreszcie uwolniłem hamulec i odpłynąłem z niebezpiecznego miejsca bogatszy w doświadczenie, by nigdy nie kotwiczyć na krótkich linach i zawsze pamiętać o ekwipunku przywracającym decyzyjność.

 

Legowisko szczura lądowego i wysoka woda na Wiśle

Ten sezon zapowiadał się odmiennie od poprzednich. Przynosił więcej czasu na swoje sprawy. Wziąłem się za to ochoczo, więcej przebywając w porcie. Odwiedziłem nawet zebranie Zarządu i zabrałem głos w jakiejś  sprawie. Przypomniałem się o mojej gotowości do redagowania strony i umieściłem tam kilka tekstów. Te klubowe kontakty ośmieliły mnie do zapytania, czy są jakieś domki do zagospodarowania. Najlepiej do remontu bo miałem mnóstwo czasu i chęć do tworzenia czegoś nowego. Kilka rozmów z Kierownikiem skutkowało napisaniem podania, z rozwiniętym uzasadnieniem. Z niecierpliwością czekałem na jego rozpatrzenie, aż pewnego dnia pokazano mi możliwe lokum do remontu. Z całości, dość opłakanej, solidnie  wyglądały tylko betonowe pale, na których umieszczona była konstrukcja domku i taras. Wizja lokalna w środku ujawniła poważne braki. Wiekowe  drewno i zalanie konstrukcji do połowy podczas powodzi w 2010 r. powodowało, że szykował się poważny remont. Początkowo myślałem, że to tylko trochę podszykowanie (przecież to tylko 6 m.kw) domku w środku i wymiana drewnianej podłogi na tarasie (kolejne pare m.kw). Lekkomyślnie potwierdziłem, że jestem zainteresowany odbudową. Moje podanie zostało przyjęte. Zacząłem więcej odwiedzać port, tylko dla celów remontu domku. Rzeka poszła w odstawkę. Ja planowałem przygotować tam prawdziwe gniazdo szczura lądowego. Remonty nie są łatwe. Prace należy zaplanować, odpowiednio gospodarując budżetem. Najlepiej powiązać to w działania systemowe typu: zaczynam od sufitu, wnętrza, pracę prowadzę w dół w kierunku zewnętrznym do tarasu. Zastanowienie nad kolejnością prac na zewnątrz zostawiając sobie na potem. Zacząłem od drewna i nieopacznie kupiłem zobowiązanie wykonania wielu prac, które umożliwiłyby mi jego wykorzystanie. Końcówka maja zrobiła się deszczowa i gorąca. Przez koryto Wisły przelewała się masa wody z opadów zasilających jej dopływy. System naczyń krwionośnych niósł zabójczą siłę do głównej arterii. Kolejne wodowskazy: Kraków, Zawichost, Puławy zapowiadały sporą wodę w Warszawie. Do pewnego momentu można było żywić nadzieje, że woda będzie miała poniżej 5,30 (poziom przy którym można bronić wlania się wody do portu). Potem żywioł bierze górę, dlatego bez względu na ostateczny wyrok systemu powiadamiania o prognozowanym stanie wód, Kierownik klubu mejlowo powiadamia wszystkich o zabezpieczeniu jednostek w porcie i na brzegu. Wzdłuż klubu ciągną się stalowe liny grubości kciuka, a w najniższym punkcie terenu jest zamontowana rura spustowa - jak w wannie odpływ. Teraz nasza wanna miała się napełnić. Prognoza zapowiadała 7m. Zrobiło się nieciekawie.  Zaczęły kursować przyczepy kempingowe i łodzie poza teren klubu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Część rzeczy przeniesiono na podwyższenia terenu. Ja z moimi materiałami do budowy przeniosłem się na taras. Czekamy. Piana na wodzie kilka dni przed falą kulminacyjną zapowiadała, że zaczął się właściwy przybór. Słońce zaczęło grzać upalnie, złudnie dając nadzieję, że ta woda wyparuje. Wisła potem szybko wlała się do portu.

My zaczęliśmy po nim pływać kajakami poprawiając i dozorując stan pozostawionego dobytku. Klubowicz z fajką przeniósł się z gitarą do łódki na kilka dni. Odwiedzaliśmy go kajakami. Wreszcie mogliśmy zobaczyć z łódek i kajaków co się dzieje na wysokości wału.Z ciekawości eksplorowałem kajakiem tereny w porcie i jego okolicach. Drzewa i zarośla odgradzały je od śmiercionośnego nurtu, który w oddali pędził z prędkością ponad 20 km/h. Niósł gałęzie, drzewa i porwane zwierzęta.Ze strachem podpływałem bliżej, jak się podchodzi do krawędzi przepaści, mając jeszcze bezpieczny zapas przestrzeni. Na plecach skóra cierpła ze strachu. Następnego dnia w porcie Komandor sekcji kajakowej uczestniczył w akcji ratunkowej. Do wody wpadł nieostrożny ciekawski , spacerujący po wale blisko terenu klubu. Szok i zimna woda pokonały go, a spieszący z pomocą, nie zdołali niestety uratować nieszczęśnika. Kulminacja wody sięgnęła do przedostatniego schodka biura i świetlicy.

Część domków i pomieszczeń została zalana. Koziołki na których położyłem deski zakryły się prawie całkowicie. Woda w moim domku sięgnęła ostatniego schodka. W przyszłości poziom 7,3 będzie dla mnie zalewowym. Odpływająca woda pozwoliła nam na rozpoczęcie porządkowania. Potem wszystko wróciło do normy i swojego rytmu. Na koniec sezonu cieszyłem się z postępu mojej budowy.

 

 

 

Historia STS Lwów …

Odwiedziłem Kazimierz Dolny. To stąd 2 lata temu wyruszyłem w rejs do portu WKW (opowiadanie znajdziecie tutaj). Teraz z odwiedzinami turystycznymi przechadzałem się po lessowych wąwozach i w końcu  po rynku. Sprzedawcy bibelotów i staroci wodzili znudzeni wzrokiem po klientach. Ja nie szukałem niczego konkretnego ale moją uwagę przykuł poczciwie wyglądający sprzedawca. Uznałem, że z nim mogę porozmawiać. Oglądając jego starocia zagadywałem, skąd pochodzą. Wyczułem, że nie jest to typ zdziercy. Wziąłem do rąk cienką broszurkę w twardej okładce. Gdy przeczytałem Autor: DĘBICKI Tadeusz. Tytuł :”Z dziennika marynarza. Na pokładzie "Lwowa" z Gdańska do Rio de Janeiro i z powrotem „  - wydanie z 1925 rozpocząłem trasakcję. Potargowałem się chwilę ale pomimo, że dostałem zniżkę, powiedziałem, że dla mnie jest ona warta wyjściowej ceny i za kwotę 20 PLN dostałem do przeczytania historię rejsu statkiem zakupionym za 247 000 dolarów, dla nowo powstającej Szkoły Morskiej w Tczewie.

Został on przebudowany na statek szkolny. Kapitanem "Lwowa" był m.in. sławny z książki Znaczy Kapitan – kpt. Mamert Stankiewicz. Jako pierwsza jednostka pod polską banderą "Lwów" w swych podróżach szkolno-handlowych odwiedził szereg portów Bałtyku, Morza Północnego, Śródziemnego, Czarnego, oraz Atlantyku, wszędzie robiąc furorę wyglądem swoim i załogi, godnie reprezentując odrodzoną Polskę, a jego załoga była w wielu portach zapraszana przez miejscowe władze na specjalnie dla niej wydawane przyjęcia. 13 sierpnia 1923 r. jako pierwszy polski statek przekroczył równik w trakcie rejsu do Brazylii.  I właśnie tą historię przeczytałem z barwnym opisem przebłagiwania Neptuna przy przekraczaniu równika. Kolejnymi żaglowcami kultywującymi zasady i zwyczaje wypracowane na STS Lwów były Dar Pomorza i Dar Młodzieży.

 


Noc na niebie

Pod koniec września była jeszcze ładna pogoda. Wieczorem gdy zaszło słońce stałem niedaleko portu obserwując gwiazdy. Było tak miło, że przysnąłem. Nagle obudziło mnie mocne pojedyncze walenie w lustro wody. Jakby ktoś uderzał wiosłem o taflę. Plask, 5 minut przerwy i znowu, tylko z innego kierunku. Byłem osłupiały i trochę przerażony bo było ciemno, a ja nie wiedziałem co to jest. Ostatecznie odgłosy plasków dochodzące na początku z tyłu, potem z boku łodzi, aż w końcu z przodu zaczęły się oddalać, aż wreszcie zamilkły daleko przy przykosie. Za jakiś czas, gdy cisza stałą się powszechna odpłynąłem do portu.

 

Październik fale

Dzień za dniem zauważalnie słońce zaczęło sukcesywnie schodzić coraz niżej. Tak samo w porcie było widać znaki kończącego się sezonu.

W ładniejsze weekendy przy slipie tłoczyły się kolejne grupki pomocników wokół bosmana obsługującego wyciągarkę do łodzi. Kolejne dni przynosiły chłody i wietrzne zmagania mas powietrza. Wisła niosła zbrunatniałe liście i gałęzie. Jednego z takich dni wybrałem się w trasę do centrum.Za mostem siekierkowskim między kolejnymi wieżami wodociągów jest uregulowany odcinek rzeki, z którego widać wieżowce miasta. Rzeka tworzy tutaj równy szerokością tor. Gdy byłem przy moście odczuwałem tylko mocne podmuchy powietrza biegnące wzdłuż Wisły w górę nurtu. Zaraz po przejściu mostu wiatr jakby uderzał bardziej w płynącą wodę, tworząc odczuwalne fale. Płynąc dalej fale wzmagały się, przecząc kierunkowi płynięcia wody. Moja łódź rozpoczęła walkę z coraz bardziej piętrzącymi się przeszkodami. Zawrócenie łodzi nie wchodziło już do kalkulacji, groziło to rozkołysaniem łódki na falach. Musiałem dopłynąć do miejsca bardziej spokojnego.

Fale  uderzały potężnie i miarowo o dziób i łódź zaczęła być  podbijana rytmicznie. Zimny wiatr przeszywał ubranie i mroził skórę. Przywoływał myśli o powrocie do bezpiecznego i ciepłego portu.Poczułem się wyjątkowo. Pokład, miarowo wystawiany rzadkiemu testowi, był jedyną przestrzenią mojego bezpieczeństwa. Byłem osamotniony na szalejącym wokół wietrze. Jednak z każdym uderzeniem rosło poczucie siły, pewności i decyzyjności. Jestem wolny i autonomiczny. Cały sens w jednym odczuciu.

 

 

Gnom.

Kupiłem stary silnik WSK z lat 50-tych (dwusuw 0,4 KM - montowany na przednie koło roweru). Zamierzam go rozłożyć i potem złożyć. Od bosmana Mieczysława dostałem gazetę motoryzacyjną opisującą historię  silników GNOM. Jak to zrobię przekonam się czy miało to jakikolwiek sens.

 

KONIEC

Kontakt do autora Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. (miło mi będzie odpisać na wasze listy).

Opowiadania z poprzedniego sezonu:

60  http://www.wkw.waw.pl/aktualnosci/93-jaskrawa-woda-majowa-wartkie-relacje-z-wilanych-przygod-przeytych-podczas-sezonu-60

59  http://www.wkw.waw.pl/aktualnosci/76-pychowka-z-kazimierza-do-warszawy)

Powyższy tekst został napisany po zakończeniu sezonu nawigacyjnego 2014 i opisuje historie jakie przydarzyły się jednemu z klubowiczów podczas pływania rzeką Wisłą i w klubie WKW PTTK.

Poprawiony: poniedziałek, 15 lutego 2016 14:12  

Kto nas odwiedza

Naszą witrynę przegląda teraz 28 gości 

Komunikaty