Warszawski Klub Wodniaków PTTK

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna / Aktualności / Pychówką z Kazimierza do Warszawy

Pychówką z Kazimierza do Warszawy

Email Drukuj

Wyprawa łodzią pychową z wiślanego portu w Kazimierzu Dolnym do portu Warszawskiego Klubu Wodniaków, w dwa dni, przy niskim stanie wody, w październiku anno Domini dwa tysiące dwanaście odbyta.

 

 

 

Dzień pierwszy.

Z portu w Kazimierzu Dolnym wyruszamy o świcie. Nie wiem do końca ile czasu zajmie nam zawiniecie do portu WKW, więc dla bezpieczeństwa wstałem o brzasku. Na Wiśle snuje się mgła, woda leniwie przelewa się szerokością przepływu – te spojrzenie daje pierwsze ciarki na plecach – czy ten niski stan wody nie da nam poczuć porażki już przy wyjściu z portu.

Kursy statków wycieczkowych są odwołane od jakiegoś czasu, a znaczniejszej perspektywy poprawy stanu wody na razie nie widać.

Bosman udzielił nam wskazówek jak wyjść bezpiecznie z portu na główny nurt. Nie możemy zbyt szybko skręcać w dół musimy przejść na przeciwległy brzeg idąc w górę, a potem będąc na trawersie główki pójść w jej stronę i dopiero stamtąd rozpocząć naszą drogę z nurtem.

Po dojściu do główki przechodzimy przez przemiał na drugą stronę zgodnie z nurtem i już płyniemy sobie spokojnie mijając Bulwar Nadwiślański z zacumowanymi bezczynnie jednostkami pływającymi. W momencie przejścia na drugą stronę odbijamy od bulwaru żegnając się z Kazimierzem Dolnym, wtedy odsłania się nam piękno październikowej pogody. Na brzegach widzimy wędkarzy pilnujących zazdrośnie swoich stanowisk. Odprowadzają nas tęsknie wzrokiem zastanawiając się pewnie kiedy i gdzie wylądujemy na mieliźnie.

Mój kompan na razie prowadził z racji, że ja nie miałem takiego doświadczenia na rzece. Bacznie obserwuję nurt poszukując przeszkód lub ich oznak w postaci zwar. Pierwsze godziny mijają bezbłędnie, locja okazuje się czytelna, ale głębokość wody nie przekracza długości wiosła, a przez większość początkowej drogi jest w okolicach 40-60 cm.

Brzegi łagodnie schodzą w kierunku wody, dolina Wisły jest już wypłaszczona w tym miejscu. Moje oko dostrzega drapieżnika uważnie krążącego nad linią oczeretów i pól, woda również zdradza oznaki życia tętniącego w odmętach (rzadko, ale godne zauważenia).

Robi się coraz cieplej, a przed nami pojawiają się częściej rozlokowane ostrogi, to znak, że przed nami zaraz pojawią się Puławy. Tak się dzieje, za zakrętem od razu wpadamy na most. Ciekawie wygląda z perspektywy wody, za drugim mostem robimy sobie przerwę, niedaleko będą już Zakłady Azotowe, z potężną grodzią oddzielającą ich zbiornik od Wisły.

Jestem bardzo zadowolony, kontaktuje się z rodziną i przekazuję pierwsze wrażenia na gorąco, wyobrażam sobie, że oni siedzą spokojnie przy śniadaniu a my na łajbie od rana przygotowani na wskoczenie do wody w woderach, gdyby trzeba było wyciągać łódkę z płycizny.

Do tej pory najtrudniejszy odcinek mieliśmy przed mostem, gdzie było bardzo płytko, a czytanie wody dawało niejednoznaczne informacje.

Przed wioską Regów Stary Wisła mocno zakręca na zachód. W tych okolicach mieliśmy przygodę z silnikiem, którego nie mogliśmy uruchomić, płynąc na nurcie. Mój kompan uspokajał mnie, kiedy ja coraz bardziej nerwowo ciągnąłem za rączkę rozrusznika. Ciężka robota na szarpaku przyspieszała w miarę jak zbliżaliśmy się na zakręcie do kamienistego, wystającego z wyspy cypla. Za burtą bystrze, a ja próbowałem uruchomić napęd. Bliżej, szybciej, mocniej, szarpałem, aż brakowało tchu. Pośpiesznie zrzuciłem kurtkę, bo krępowała mi ruchy, kątem oka obiegłem kierunek i pozycję na wodzie, oraz kamienie na cyplu, o które możemy się rozbić. Woda natrętnie obmywała skalny występ, a ja w panice podczas przerwy na zaczerpniecie powietrza zacząłem krzyczeć do kompana zalecając podjęcie gotowości w sterowaniu pychowym. Nasze zamieszanie na łodzi wzbudza zainteresowanie wśród gapiących się na nas ludzi. W końcu 5 m. od skał zauważam, że sznurek od bezpiecznika zaplątał się między rumpel i uchwyt przy silniku, co skutkowało jego zerwaniem. Szybko wkładam bezpiecznik na miejsce i z sukcesem wprawiam w obrót śrubę. Siadam z wytchnieniem i szybko odpływamy od niebezpiecznego miejsca. Na spokojnie wyciszam kłębiące się po głowie rozbłyski informacji i szybkich analiz, jakie przed chwilą wykonałem włącznie z poczuciem, że chyba daleko nie dopłyniemy skoro nasz silnik zaczął szwankować po  40 km podróży.

Płyniemy średnio 8 -10 km/h ciągle sprawdzając wiosłem stan wody – zawsze czujemy grunt. Zaczynamy swobodnie poruszać się po wodzie, niejednokrotnie skręcając z kierunku w celu ominięcia łachy, na którą napłynęliśmy. Kilka razy forsujemy przykosę odpychając się dodatkowo wiosłem, kiedy tuż przed uskokiem napływamy na 30 cm płyciznę.

Po kilku godzinach docieramy do Dęblina, na chwile wpływamy do ujścia Wieprza. Potem zaraz koło mostu kolejowego robimy sobie przerwę. Pogoda jest słoneczna i miło obserwuje się pociągi przekraczające przeprawę. Te ich przejścia mostem nasuwają refleksję. Niskie poziomy wody dopiero przed nami, w stacji  pomiarowej w Gusinie jest tylko 45 cm, a chyba powinien być to najgłębszy punkt rzeki z tamtego rejonu. Porównuje to do innych punktów gdzie płynęliśmy, w których jest powyżej 100 cm.

Te obawy rozmywa szybko słoneczna pogoda i jakby nie było smak przygody i wyzwanie, jakiemu musimy podołać. W tym duchu odbijamy od brzegu i kierujemy się na następny punkt, jakim jest elektrownia w Kozienicach. Podczas drogi kilkakrotnie zerkam na mapę kalkulując, dokąd powinniśmy dotrzeć w pierwszym dniu wyprawy, żeby zawinąć do portu przeznaczenia w czasie dwóch dni (dzieli je odległość około 150 km.). To miejsce znajduje się w okolicach Kozienic. Sprzęt sprawuje się bez zarzutu, brniemy tempem marszowym, co pozwala nam zaoszczędzić paliwo. Wzięliśmy na podróż pełny bak 25 l i dodatkowy 20 l kanister. Silnik Yamaha 9,9 KM pali 2-4 l na godzinę. Przez kilka godzin popołudnia mijamy po drodze równiny mazowieckie z domostwami i łąkami. Brzeg wije się równomiernie, a my przechodzimy wężykiem na wklęsłe brzegi z wysokimi klifami piasku. Tam często mają swoje jamki ptaszki. Kolega mówi, że to Jerzyki. Ja nie jestem w stanie ich odróżnić od jaskółek i po konsultacji z „profesorem Googlem” (kiedy już piszę ten tekst) wpadam na opis gatunku żyjącego koloniami w korytach rzek, drążąc charakterystyczne otwory w wysokich brzegach (http://pl.wikipedia.org/wiki/Brzegówka_zwyczajna).

Na niebie pojawiają się chmury, początkowo nieznacznie przesłaniając słońce, które nas miło grzeje. Gdy docieramy do miejsca, z którego widać kominy Kozienic słońce wkracza w fazę schodzenia w kierunku widnokręgu, myślę, że jest już po godzinie 14. Mijamy wędkarzy trolingujących w górę Wisły, a na brzegach od czasu do czasu widzimy rodziny, które chwytają ostatnie promienie silniejszego słońca nad wodą. Im bliżej widocznej infrastruktury elektrowni tym bardziej wzmaga się wiatr. Jak to u nas bywa zjawiska meteorologiczne – fronty pogodowe podążają z zachodu na wschód. Działanie nadchodzących zmian materializuje się przed samymi Kozienicami. Tu rzeka skręca właśnie w tym kierunku, co mogę stwierdzić na kompasie. Dziób łodzi idzie na zachód. Ponieważ jest to dłuższy odcinek zorientowany w tej linii, wiatr wywołuje na rzece ciekawe zjawisko. Płyniemy jakby pod prąd fal, które rozbijają się miarowymi chustami wody o naszą łajbę. Jej dziób zakrzywiony długim łukiem pozwala łatwo dojść do każdego brzegu, ale ma również tę zaletę, że tnie bez większego huśtania 15 – 20 cm fale. Wiatr może mieć prędkość 5-8 m/s.

Słońce już prawie zachodzi, dlatego przyspieszamy chcąc dojść do wysp, które zaczynają się pojawiać częściej przed Wilgą. Jesteśmy jeszcze od niej daleko, ale znajdujemy bezpieczny ląd na samym środku rzeki. To miejsce naszego biwaku. Przygotowujemy wszystko, zapalamy ognisko i robimy sobie po „zupce”. Ponieważ jesteśmy dalej głodni, bo zaopatrzeni głównie w wodę i paliwo rozwijam sprzęt wędkarski. Obchodzę wyspę zarzucając błystkę, ale bezskutecznie. Niskie stany wymiotły większą rybę w dół, gdzie wody jest więcej – pewnie za Włocławek. Na noc, która zaczyna się pomrukami burzy, zarzucam gruntówkę. Na przekosie niedaleko wyspy ustawiają się wędkarze. Kładąc się do namiotu słyszę jak na nią cyklicznie podpływają - chyba kotwica im słabo trzyma. Usypia mnie melodia deszczu, starania motorowodniaków i piły tnące drzewo – zapewne gospodarze przygotowują się do zimy – tylko, dlaczego po nocy? Czyżby wiedzieli, że zima będzie mroźna i nadejdzie szybko – ale to chyba inny powód. Z tymi myślami, lekko się uśmiechając przekraczam próg domu Morfeusza …

Dzień drugi.

Rano nie wiem czy budzi nas świat, czy to my go wskrzeszamy wychodząc z sennych majaków. To rzadki obecnie i pielęgnowany przeze mnie komfort bycia chwilowo wolnym od obowiązków. Wyskakujemy z namiotu, a pogoda jest typowo październikowa. Kolega idzie z wędką nad wodę i łowi uklejki. Ja przygotowuję śniadanie podobne do wczorajszej obiadokolacji. Znowu lekko głodni zwijamy biwak i wskakujemy do łodzi. Dzisiaj się okaże, co oznacza wskazanie na wodomierzu w Gusinie 45 cm wody.  Przepływając koło Wilgi i dalej w kierunku Góry Kalwarii zauważamy coraz częściej rozlokowane weekendowe lub stałe stanowiska wędkarskie, okupowane przez głowy rodzin. Dzieci baraszkują na brzegach Wisły albo na skarpach. Mijamy małe pychówki, widać używane, a na stromym brzegu widzę lisa czmychającego z nory trudno dostępnej dla psów. Jest naprawdę zimno i zakładam dodatkowo kurtkę przeciwdeszczową z kompletu woderowego. Rzeka rozlewa się szeroko i jest płytka. Kilkakrotnie muszę obserwować przez lornetkę jak rozlewa się nurt wokół wysp, żeby nie wpłynąć w miejsce z małą wodą. Raz wycofujemy się z takiego miejsca, które chociaż wydawało się przykosą to i tak nurt prowadził za wyspę i nie widzieliśmy, co jest za nią. Wyglądało to jak kałuża po majowym deszczu z dwoma stróżkami płynącymi przy brzegach. Wybraliśmy stronę bliżej wyspy. Na szczęście obserwując zakole zauważyłem sterczące z wody konary drzew, ponieważ widzimy, że przykosa zaraz się kończy sytuacja staje się krytyczna. Z jednej strony bieg wody wypycha nas coraz bardziej na płyciznę przykosy powodując, że zaraz będę musiał wyjść w woderach, żeby przepychać łódź, a z drugiej końce przykos to bardzo niebezpieczny teren i grozi zapadnięciem się piachu. Ponieważ uznaję, że kierunek jest błędny musimy się wycofać. Wyskakuję w woderach, co pomaga unieść się łodzi do góry i zaczynam ją pchać. Kompan daje wsteczny bieg i wystawia śrubę na test wytrzymałości. Śruba młóci wodę z piachem, a ja niebezpiecznie kręcę się w jej pobliżu zapierając się maksymalnie w celu zmiany kierunku spływu łodzi. W końcu udaje się nam skierować rufę na głębszy obszar, gdzie silnik zaczyna pracować wreszcie na naszą korzyść. Kiedy przechodzimy trawersem koło wyspy widzimy, że nurt, którym pierwotnie chcieliśmy płynąć wokół wyspy, rozmywa się pomiędzy sterczącymi konarami, a tam gdzie jest głębszy przy brzegu zagrodzony jest przez wymyte z gruntu drzewa. Pokazuję kompanowi dowód naszej przezorności. Mielibyśmy duży kłopot z przejściem tego odcinka tą stroną. Do Góry Kalwarii krążymy między przemiałami, przykosami i mieliznami. Ta sztuka przeprawy przez najpłytszy w tym czasie odcinek Wisły, (jakim płynęliśmy) nam się jednak udaje i nabieram prawdziwej wprawy w czytaniu rzeki. Myślę, że za Górą K. nie czeka nas już nic zaskakującego. To mylne przeświadczenie ulatuje, kiedy płyniemy pod mostem drogi nr. 50. Mijamy pogłębiarkę, motorowodniaka i barki do budowy opasek i główek regulujących nurt rzeki. Na brzegu składowana jest faszyna. Za linią budów regulacyjnych widać jakie zniszczenia dla linii brzegu przyniosła powódź 2010r. Zwalone drzewa wyznaczają nową linie brzegową przesuniętą o parę metrów. Zapinam zestaw na suma i rzucam pelet w kręcące się wiry za ostrogami. Mamy zapas czasowy i mogę skorzystać z tego w bardziej czynny sposób. Wyszukujemy miejsc szybszego opływu wody i tam szukamy dla siebie szansy. Kilkakrotnie zaczep i dźwięk schodzącej plecionki z kołowrotka podnosi miło ciśnienie. W poszukiwaniu okazji schodzi nam czas, aż do okolic Konstancina Jeziorna, gdzie umówiłem się z rodziną. Dopływamy do brzegu przy ujściu rzeki Jeziorka. Mój starszy syn zostaje zaokrętowany. Kolega miał wcześniej wysiąść i pojechać samochodem, ale zmienia (na szczęście) decyzję.

Odcinek Konstancin-Wilanów-Siekierki uznaję za najtrudniejszy. Powodem tego są sterczące po obu stronach wąskiego nurtu zatopione drzewa. Pulsują one miarowo jakby wskazując nam ostrzegawczo, że przygoda jeszcze nie jest skończona, a ostatnie słowo i tak będzie zależało nie do was – śmiałków na łodzi. Wyspy, które wystają tylko roślinnością podczas normalnych stanów wody, teraz jawią się jako piaskowe ogryzki różnych kształtów – okrągłe lub podłużne z czuprynami krzaków i drzew. Zwisają z nich podmyte drzewa, a z ich brzegów odsłaniają się korzenie. Ten widok napawa mnie prawdziwym strachem. Sytuacja uspokaja się przed siekierkami, ale tylko na chwilę. Przepływamy przez mocno wysuniętą główkę, która piętrzy wodę. Spływamy z zauważalnej wysokości wprost na 4 kręcące się wiry. Każe koledze dodać gazu a sam chwytam się mocno burt. Wiry mają średnicę 1 m. Łódź sprawuje się świetnie, tylko trochę czuję boczne bujnięcia jakby pociąg przejechał po wykrzywionym torze. Dalej płyniemy do elektrowni wzdłuż wysokiego muru z prefabrykatów (około 2 metrowego). Przed wpłynięciem do portu WKW podziwiamy most siekierkowski, teraz już tylko cumowanie i wyjście na ląd. Piszę SMS o treści: „UFF DOPŁYNELIŚMY” dostaje zwrotnie: „GRATULUJĘ”.

KONIEC

Kontakt do autora Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. (opowiadanie z następnego sezonu 2013r.:  Jaskrawa woda majowa - wartkie relacje z wiślanych przygod, przeżytych podczas sezonu 60) i sezonu 2014   Trochę na lądzie Warszawy, trochę na wodzie Wisły. Wspomnienia z Sezonu Sześćdziesiątego pierwszego (61).)

Powyższy tekst został napisany pomiędzy zakończeniem sezonu nawigacyjnego 2012, a rozpoczęciem sezonu nawigacyjnego 2013 na okazję 60–tej rocznicy istnienia klubu WKW PTTK.

Poprawiony: niedziela, 10 stycznia 2016 22:38  

Kto nas odwiedza

Naszą witrynę przegląda teraz 8 gości 

Komunikaty

Spotkanie Sekcji Żeglarskiej >> Zmiana terminu

 

Listopadowe spotkanie Sekcji Żeglarskiej odbędzie się dnia 30.11.2017 r. (wyjątkowo w czwartek) w sali klubowej o godz. 18.00.

Na spotkaniu nasz nowy klubowicz Aleksander Hanusz opowie o własnych doświadczeniach żeglarskich, rejsach przez Atlantyk i nie tylko.

Wszyscy sympatycy sportów wodnych są mile widziani.

 

Zapraszam i pozdrawiam,

Łukasz Augustyński