Warszawski Klub Wodniaków PTTK

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Strona główna / Sekcja Kajakowa / Najlepiej zacząć od MARATONU !

Najlepiej zacząć od MARATONU !

Email Drukuj

Relacja ze 116 km pociągniętych na wiosłach ... (Przyjaźń! Wiosło! Przygoda! )

 

 


Taaa... Od czego tu zacząć? Od tego, że jeszcze nie widziałem na Pilicy w jednym miejscu i czasie tylu fantastycznie po...nych* Ludzików? A, może od swoich obaw, czy ja to w ogóle przepłynę...? Albo nie, zacznę od złapania gumy w naszej przyczepie kajakowej w drodze na maraton. Było tak: gdy ustalił się już ostatecznie skład QmQmów na Cross Maraton 2015 w czwartek późnym wieczorem załadowaliśmy kajaki na naszą, klubową przyczepę i przy pomocy Słoneczka "Vitka" (moja taczka zdrzemnęła się w WKW) pojechaliśmy do domeczku mego, któren to po drodze na maraton jest. Skład QmQmów był taki: Agusia, Lucy, Słoneczko, Maciuś, Ropuch.

Z domeczku wyjechaliśmy w piątek bladym świtem  ok 8.27 (nareszcie jechałem prawdziwym samochodem...) ze Słoneczkiem. Maciuś miał dojechać do Tomaszowa wieczorem (pracunia) zabierając Agusię oraz Kasię i Sławka z KIM-u. Lucy także z powodu pracuni miała dojechać samodzielnie. W zakamarkach mózgu mego wykluł się niesłychanie sprytny plan, by pospać półtorej godziny dłużej przed wyścigiem, niż inni jego uczestnicy nocujący w Tomaszowie. Dlatego załatwiliśmy sobie ze Słoneczkiem i Lucy pokoik w Przedborzu (miejsce startu). Jak się później okazało nie byłem jedynym niesłychanie sprytnym, który wpadł na ten niesłychanie sprytny pomysł. Wraz z innymi uczestnikami spotkaliśmy się przy recepcji... Agusia i Macius zdecydowali się, że spią tak, jak organizator zaproponował czyli w Tomaszowie. Ale po kolei. Wyjechaliśmy w pięknych okolicznościach. Za kierownicą Vitka oraz na niebiesiech Słoneczko. Tak się szcześliwie składa, że nasze Słoneczko, to "samochodziara" pęłną gębą. Ma uprawnienia nawet na TIR-y! Jest jedyną kobietą przy której w samochodzie czuję się bezpiecznie. Tyle, że ma jedną wadę. Szybko jeździ. Nie powiem z jaką prędkością jechaliśmy ciągnąc przyczepę z kajakami, bo przecież nie będę kablował na własnego QmQma ale efekt tej szaleńczej jazdy był taki, że dopiero wyprzedzany przez nas pojazd dał znać światłami, że coś nie halo. Za nami dymił dym... Stanęliśmy. Chyba dłuższy czas jechaliśmy (przyczepa dwuosiowa) na flaku i opona zaczęła się smażyć. Dupa blada, wokół szczere pole, a zapasu nie mamy. Do tego jeszcze opona nietypowa bo dętkowa "12"-ka. Z prędkością piechura doczołgaliśmy się do jakichś zabudowań, gdzie na szczęście był wulkanizator i na szczęście znalazł nietypową oponę i dętkę. Co za ulga. Bez przygód dojeżdżamy do Tomaszowa i znajdujemy Ośrodek "Przystań", gdzie ma swoja siedzibę klub "Amber" - współorganizator maratonu.  Powitalne buzi, buzi z Małgosią 530 - Panią Dyrektor imprezy szybka weryfikacja, dostajemy numerki na kajaki do przyklejenia. Poznaję wreszcie w realu Andrzeja - Prezesa Klubu "Amber". Rany boskie! Ale ten facet ma łeb, żeby ogarnąć logistycznie tylu ludzi i tak "rozdmuchaną' imprezę. Małgosia również zapracowana więc nie pieprzę banialuków i wycofuję się do kącika, co by nie przeszkadzać. Powoli ośrodek zapełnia się samochodami z kajakami na dachach. Przyjeżdżają kolejne ekipy z całej Polski. Z Cross Maratonu 2015 robią się nieoficjalne mistrzostwa Polski w kajakarstwie długodystansowym. Jest  Bazyl, Turabat z Martusią, Olekzezar, Tygrys, Sławek, niejaki Piotrek z miasta Białogard z Jolcią, w symbiozie z Kaziem, Pączuś, Theboski. Wszystkich nie wymienię oczywizda, boć to przecież kupa luda ale witamy się ze wszystkimi serdecznie, jak to w naszej wielkiej rodzinie przystało. Dojechała wreszcie reszta naszych QmQmów i razem z Lucy dwoma samochodami (miało być inaczej...) wyjeżdżamy późnym wieczorem do Przedborza. Wieziemy także kajaki Dlapiego i Jacka (odważne chłopaki...). To, że tam w ogóle dojechaliśmy było cudem, a autorem cudu - Słoneczko. Prąd się w jej telefonie skończył i zostaliśmy bez GPS-a. Jak ona wiedziała gdzie jechać po tych lokalnych dróżkach, gdzie diabeł dobranoc mówi, to tylko ona wie. Ok północy leżymy w łóżeczkach, a Dziewczynom na kawały się zebrało. Na moje nieszczęście śmieszne są i ryję ze śmiechu, jak jaki gupi. Wreszcie w połowie kolejnego dowcipu zasypiam. Dwie łyknięte melatoninki  zadziałały. Co się później działo nie wiem... To znaczy wiem: obudziłem się o 4.15 i wartko, a dziarsko oddałem się przygotowaniom. Sniadanko, myju myju, żarełko na płynięcie, dobór ciuchów itp. Zawsze uważałem, że diabeł w szczegółach siedzi. Lubię mieć wszystko obcykane. Założenia naszej QmQmowej "kupki" były takie: Aga ma wygrać w swojej kategorii i "przy okazji" dołożyć co najmniej parunastu facetom. Lucy płynie turystycznie i kończy w Sulejowie. Słoneczko dopływa do Tomaszowa i tu kończy. Maciuś i ja mamy po prostu ukończyć maraton w zapodanych limitach czasowych. Nieśmiało marzę o pierwszej dwudziestce. O czym Maciuś marzył, nie wiem. Ale niestety Maciuś musiał zakończyć w Tomaszowie. Brał udział w akcji pomocy Tomkowi, który glebnął się na Zalewie (oddał własne ciuchy na przebranie), a kontuzja nadgarstka przyłożyła się do tego, że musiał skończyć w Tomaszowie. Szkoda, bo wiem, że te 116 km jest jak najbardziej w możliwościach Maciusia. Przecież dwa tygodnie temu cmyknęliśmy razem Pętlę Warszawską, którą w długolskiej skali trudności stawiam wyżej nawet niż Cross Maraton. Dobra, wracamy na start. Tłum ludzi i kajaków, kolorowo jak cholera. Przyjechał nawet burmistrz Przedborza. Wszyscy zajęci
przygotowaniami. Troszkę nerwówy i pośpiechu. Tylko długolskie wygi jakieś takie spokojne, ruchy opanowane, luzik. Mnie oczywizda tuż przed startem jakaś potężna siła zaciąga w krzaki. Dobrze, że są... Ale lepiej teraz niż w trakcie wyścigu. Ilość zawodników wymusza na organizatorach podzielenie startujących na dwie grupy. Ja łapię się do pierwszej. Spuszczam się na wodę o dziwo bez spóźnienia. Mam nawet czas na krótkie rozpływanie w górę. Żdziebko przesadziłem z tym rozpływaniem, bo gdy zawróciłem w kierunku linii startu właśnie wyścig ruszył. No, fajnie. Na same dzień dobry 200 m w plecy. Ale cóż to jest na przeciwko tych 116 km... Przede mną woda skotłowana, jak po przejściu tajfunu. Ślizgam się na fali wzbudzonej przez poprzedzające mnie kajaki. W takich warunach woda nieczytelna jest, a po drodze kilka przytopionych kołków. Płynę na czuja, jakoś udaje się nie zaliczyć żadnego z nich. Wyprzedza mnie Dlapi, który również spóźnił się na starcie. Tyle, że on jakoś tak szybciej dogania czołówkę... Po kilku kilometrach stawka rozciąga się, jest spokojniej. Wrzuciłem tempomat i robię swoje, po swojemu, swoim tempem. Najgorsze co jest, to ściganie się tuż po starcie. Moja taktyka jest taka: płynę póki co z założeniem zmieszczenia się w limicie, a jak się już
zmieszczę powalczę o wynik. Podgrupka, w której przez jakiś czas płynę ciągle się zmienia. Przede mną płyną "jakieś punkciki", które staram się cmyknąć nie nakładem sił lecz cwaniactwem, czyli czytaniem wody i wyborem lepszego toru płynięcia. Powoli z ostatnich miejsc przesuwam się do środka stawki. Który jestem, nie wiem i nie bardzo mnie to w tej chwili interesuje. Na ściganie się ze ścigantami z przodka nie mam oczywizda żadnych szans ale ta pierwsza dwudziestka troszku mi po mózgu lata. Do Sulejowa dopływam z czasem (chyba...)
4.24 Agusia na tym odcinku była o 4 min lepsza. Nie zatrzymuję się, bo nie mam potrzeby. Wszystko mam pod ręką. Se płynę. Przed Zalewem doganiam Tadzia z KIM-u i Artura (Drwala). Na Zalewie liczyłem na falę, bo moja łódka na falę stworzona jest, ale dupa, niebiosa nie chcą pomagać. Woda troszkę tylko zmarszczona, chociaż Kolegom płynacym na maratonkach mogła sprawić ździebko kłopotu. Na Zalewie Kowboj, którego na rzece wyprzedziłem włączył jakieś dopalacze i minął mnie w tempie, którego mogłem tylko pozazdrościć. Do zapory przypływam tuż za Arturem i Tomkiem. Tadzio chwilę po mnie. Tu dowiaduję się o glebie Tomka. Dla mnie Pączuś, Adaś (Theboski), Maciuś, którzy pomagali Tomkowi (ok 15 min siedział w wodzie) to bohaterzy.  Przenoska, to coś czego najbardziej nie lubię. Mój Soluś wazy 22 kg, a wózka nie mam, oddałem Słonku. Chciał nie chciał biorę się z tematem za bary (raczej "na") i idę. I w tym momencie powinienem zostać zdyskwalifikowany, bo po drodze spotkałem Martusię - żonę Turabata, która przed chwilą odprowadziła męża swego do wody. Sam fakt spotkania Martusi w trakcie przenoski nie jest jeszcze powodem do dyskwalifikacji ale to, co później nastapiło chyba już jest. Martusia widząc mnie umęczonego z kajakiem na plerach zawróciła i idąc obok mnie wkładała mi do buzi... Na sajmpierw wcisnęła mi kiełbaskę, następnie pomidorka koktajlowego, potem kiełbaskę, potem pomidorka... i tak do wody prawie. Cóż za wspaniałe interwały...! Nakarmiła mnie i nie straciłem na ten proceder ani sekundy! Jakby co, poddaję się dobrowolnie surowej karze ale Martusi wdzięczny jestem co niemiara. Niestety "Pan Bóg" pokarał mnie natychmiast za moją pazerność na jadło i wynik. Znów potężna siła zaciągnęła mnie w krzaki... Tadzio z KIM-u i Bracia Drwale i Aniołek odpłynęli przede mną. Wreszcie i ja się spuściłem i gonię. Brzuszek pełen, to i ruchy jakby pełniejsze. Zaczynam przeciągać łychę jakbym dopiero zaczął maraton. Powoli ale dochodzę Chłopaków. Na drugim punkcie w Tomaszowie mijam posilającego się Aniołka, przelatuję bystrze pod mostem kolejowym i widzę kajak Tomka na brzegu. Znaczy była gleba. Gonię Artura. Dzisiaj mam szansę go dogonić, bo nie płynie Raiderem tylko Emotionem 505, a to wolniejsza od Solusia łódka. Ale co tam, zawszeć to mogę się poprężyć... Od Tomaszowa płynę już przed Tadziem. Przede mną na prostych odcinkach rzeki majaczą w oddali dwa punkciki. Gdy je doganiam okazuje się,że to Artur i Mirek. Mirek ma kłopoty techniczne ze swoją maratonką. Naciągi steru poluzowały się i łódka myszkuje zmuszając co chwila do kontrowania. W tzw normalnych warunkach za Mirkiem, tak jak i za Arturem tylko dym bym wąchał, a tak kolejny powód do prężenia... Chwilę płyniemy razem no i sobie płynę dalej. W Inowłodziu niespodzianka: na brzegu stoją Mateuszek z Anetką (Ci, co zaręczyli się na maratonie na Jazioraku). Co za radość! Ich obecność dodaje mi skrzydeł. Zaczynam jeszcze podkręcać tempo Przede mną kolejny "punkcik". Znika mi on chwilami, bo zaczyna robić się ciemnawo. W pewnym momencie "punkcik" zwalnia. Dochodzę go. To jakiś młody Kolega, którego nie miałem okazji poznać w realu. Myślę sobie: "Ha!, prąd Koledze wyłączyli, mój ci on". Mając go przed sobą ok 50 m poczułem się już tak pewnie, że sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem do Żabci, by zameldować, że płynę i wsjo łokiej. I ta pewność siebie mnie zgubiła. Kolega przede mną zapodał sobie jakieś "paliwko", odżył i jak dał z wieśka, to już go do mety nie dogoniłem. A, na mecie cóż za miłe zaskoczenie! Jestem jedenasty z czasem 12.10 (chyba...) I zaraz myśl: "Cholera! Mogłem być dziesiąty! Ale co tam. I tak jestem szcześliwy. Na brzegu już jest Mateuszek, już łapki pomocne wyciąga, już kajak spod dupy zabiera. Jest już ciemno. Płonie ognisko, ciepłe żarełko podają.
Przebieram się i siadam przy ogniu. Taaa... "Długolstwo" to ciężki kawałek chleba... Dopływają kolejni zawodnicy, a ja czekam na Agusię. Dopłynęła (chyba...) godzinę po mnie. Dumny jestem z Niej ale nie bardzo wiem, jak się zachować. Gratulować...? No, jasne!  Ale to zaczyna robić się nudne...  Sukcesy Agusi zaczynają mi powszednieć. Chyba będzie trzeba Agusię na Jukon wyekspediować. Niech tam zobaczą, jak polska dziewczyna pływa. No i tyle mojej opowiastki Ludziki Kochane, bo co się działo na wieczornym spotkaniu, to szczerze się przyznam, że nie pamiętam, bo siadłem sobie w kąciku wśród "moich" QmQmów, siorbnąłem browarka i ździebko przysypiałem ze zmęczenia... Dziękuję wszystkim, z którymi miałem przyjemnosć "obcować" na wodzie i poza nią. To było wielkie święto kajakarstwa długodystansowego. Szczególnie dziękuję Koleżankom i Kolegom zaangażowanym w organizację maratonu. Może nie wszystko było dopięte "na ostatni guzik" ale dla mnie, to są szczegóły do dopracowania na przyszłość. Dziękuję Wam bardzo, że chciało się Wam chcieć i dzięki temu przeżyłem (myśłę, że nie tylko ja) fantastyczną przygodę. Gratuluję zwycięzcom i tym, którzy przełamali swoje słabości i porobili swoje "życiówki". A, tak na prawdę w kontekście przesłania, jakie towarzyszyło tej imprezie zwycięzcami są wszyscy, którzy w niej wystartowali. Dzięki Ludziki i do zobaczenia za rok!
Qm! Qm!  :)
(* - wypełnić wg preferencji)
Poprawiony: poniedziałek, 06 kwietnia 2015 10:26  

Kto nas odwiedza

Naszą witrynę przegląda teraz 2 gości 

Komunikaty

Zebranie zarządu WKW odbędzie się w dniu 15.10.2019 r. (wtorek) o godz. 18.00

Facebook